WARHAMMER

Grubsza Robota

1zmienie.jpg

Ano, proszę pana zaczęło się wszystko trzy tygodnie temu, kiedy to Wolfgang Straub, znajomy ze studiów niejakiego Erlicha Denhoofa co mym druhem od dzieciństwa jeszcze, syn Johana Strauba, średniozamożnego Marienburskiego kupca – o którym to kupcu może Panie słyszeliście, zorganizował u siebie w domu tęgą popijawę pod nieobecność rodzica, który to na kilka dni w interesach wyjechał. Na to przyjęcie zaprosił młody adept nauk medycznych kilku innych studentów, w tym także Erliacha Denchoofa, by uczcić pomyślne zaliczenie egzaminów. Mimo że Denchoof wyleciał już był z uczelnianych pieleszy, to jednak został zaproszony, ponieważ należał do grona żaków z którymi młody Straub się na studiach trzymał. Gospodarz nie zaniedbał swoich obowiązków i zatroszczył się o towarzystwo niewieście najmując kilka tanich dziewek z lokalnego burdelu, lecz którego, tego już nie wiem, na prawdę… Gdy popijawa trwała już w najlepsze pijany w sztok Straub zaczął się przechwalać, jakoby jego ojcu ostatnio wiodło się w interesach na tyle dobrze, że rozważa założenie nowej placówki handlowej w Nuln, a jemu ojciec obiecał kupić nowego konia. W pewnym momencie rzucił niefrasobliwie kretyńską uwagę, że tylko czeka aż stary zaczerpnie ze swojej szkatuły pod łóżkiem, bo upatrzył sobie piękną klacz którą chciałby dosiąść. Dalsza rozmowa poszła w stronę mocno nieprzyzwoitych żartów na temat dosiadania klaczy i co kto właściwie przez to rozumie, ale Denhoof mimo tego że sam był już wstawiony a przy okazji zajęty macaniem jednej z dam do towarzystwa, wzmiankę o szkatule pod łóżkiem zapamiętał, po czym tą informacją podzielił się z nami.
I tak zaczął się żmudny tydzień obserwowania domu Strauba, domowników i służby. Od Denhoofa znaliśmy orientacyjny rozkład pomieszczeń w domu. Po tygodniu wiedzieliśmy mniej więcej jak wygląda życie tego domu. W momencie, w którym uznaliśmy, że wiemy już dostatecznie dużo poszliśmy na włam.
Erlich Denchoof dostał trochę brzdęku, żeby go hucznie przepił w jakiejś karczmie na tyle spektakularnie, żeby został zapamiętany przez parę osób (a na pewno obsługę karczmy) i w ten sposób zapewnił sobie alibi, co by nikt go przypadkiem nie powiązał z robotą.
Noc wybraliśmy taką, w której pizgało i lało. Ciemno było jak w dupie, mało komu chciało się wyłazić na ulicę. Stary Straub znów gdzieś wyjechał na parę dni więc trudno było o lepszy czas.
Bragdon, łowca, też z naszej ferajny, na dobry początek pozbył się cichaczem psa wartowniczego z dystansu. Miał chłopak trochę fartu, bo w tym świetle i przy takiej pogodzie to walił z tego łuku moim zdaniem na czuja. Dość, że swego dopiął i psa, jak psa ubił. Potem po prostu został na czatach i ubezpieczał tyły. Miał hukać jak sowa jakby zauważył zbliżające się niebezpieczeństwo… Kretyński pomysł. Sowa w mieście… No, ale jakoś tak się napaliliśmy na brzdęk, że nikt nie zwrócił na to większej uwagi… Idea była taka, żeby nikt nie zginął. W razie wpadki, kradzież można było odsiedzieć, ale za morderstwo jak sam Pan wiesz, groził już nam stryczek…

Volker, czwarty z ferajny miał się zająć uciszeniem samego wartownika. Solidny chłop plus solidna pała… No czego się pan śmiejesz z człowieka? Miałem na myśli drewnianą…. Z resztą nieważne… Pies to srał. Grunt że Volker sprawnie wyłączył wartownikowi światło. A potem mnie ubezpieczał, musiałem sobie cholera poradzić z otwarciem okiennicy z zewnątrz… Jak, pan pytasz? Ano jest taka sprytna sztuczka, tylko musisz mieć kawałek cieniutkiego metalu do podwadzenia skobelka… o tak wygląda, takie małe a zmyślne ustrojstwo. No. No i weszliśmy tam z Volkerem po linie. On stanął przy drzwiach, a ja cap za skrzynię! Gówno! Franca nawet nie drgnie. Myślę sobie – przyśrubowana do podłogi, szmata. Trudno. Dawaj za wytrychy i otwierać na miejscu. Łózko trzeba było trochę odsunąć, żebym miał lepszy dostęp, cichaczem to trzeba było robić żeby te domowniki co się w domu dostały zara się nie zbiegły, ale i tak mi to łózko trochę zgrzytło i, psia mać, do pokoju zajrzał ten cały majordomus, czy jak mu tam, no taki główny służący. Dobrze że Volker stał przy drzwiach, strugnął dziada w łeb aż zahuczało, wciągnął do środka i związał. A ja dawaj, pieprzę się z tym zamkiem. Dobra robota była, nie jakaś tandeta od najtańszego ślusarza. Przy tej cholernej skrzyni spociłem się jak świnia, straciliśmy prawie 10 min, trzy wytrychy poszły w pizdu, nakląłem się cichaczem ile wlazło, ale ostatecznie szkatuła stanęła otworem. Należało tylko złapać zawartość i ulotnić się przez okno a potem przeliczyć łup i podzielić go należycie.

I ciul! Szukaj wiatru w polu, ha ha ha! A to się stary Straub zdziwi jak do domu obróci! No i to cała historia panie strażniku… Nic nie kryłem, jak na spowiedzi świętej żem gadał, no bo jak to tak, taki groźny pan strażnik, mnie, drobnego złodziejaszka przyłapał, toć przeca łgać nie będę… A teraz weź się pan, panie strażnik obróć, bo ten gościu z wielką pałą za twoimi plecami to właśnie Volker

Na Ranalda, chłopie, co tak długo? Już myślałem, że będę musiał coś na biegu wymyślać. Chłopaki stoją na czatach? Dobrze. To teraz do rzeki tego frajera a potem podzielimy się brzdękiem. Zobacz tylko, co ma w kieszeniach…

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.